Opowieść Balroga



No i wpadłem. Zawsze byłem porywczy i najpierw działałem a później myslałem, a teraz to się zemściło. Ale może zacznę od początku? Tak, to zdecydowanie niezły pomysł. Czasu powinienem mieć sporo. Jestem Valaraukarem, jednym z Majarów którzy opowiedzieli się po stronie Melkora. W sumie głupio wyszło bo wywalili nas z Valinoru, a to całkiem miłe miejsce, więc postanowiłem zaszyć się w jakimś ustronnym miejscu i przemyśleć całą sprawę. Wybrałem sobie takie fajne góry, a właściwie przestrzeń pod nimi i zacząłem rozmyślać. Ale że ciemno było, a miejsce wyglądało na bardzo wygodne, wyciągnąłem się i na chwilkę przymknąłem oczy. Naprawdę tylko na chwilkę, nie bujam. Aż tu nagle słyszę jakieś skrobanie i szuranie. Otwieram oczy i co widzę? Gruz i pył sypią się na mnie z góry, a później ktoś robi dziurę w suficie i taki brodaty kurdupel zagląda do środka. Akurat kawałek skały wpadł mi do oka, więc ryknąłem aż się ściany zatrzęsły. Kurdupel zwiał od razu hałasując straszliwie, a ja postanowiłem jeszcze trochę się zdrzemnąć. Ale akurat gdy ogarniał mnie pierwszy sen nadciągnęła jakaś dzika banda, cała w zbrojach i z toporami. To co miałem zrobić? Posłusznie dać się zarąbać? Wylazłem na górę i trochę ich przegoniłem. Od razu zrobiło się ciszej, a ja mogłem się wreszcie udać na zasłużony spoczynek. Później jeszcze parę razy budziły mnie hałasy. W pewnym momencie w tych korytarzach na górze osiedliły się takie dzikie stworki, które początkowo nawet tępiłem, ale szybko zdałem sobie sprawę że to bezcelowe. Były wszędzie i mnożyły się jak króliki więc nazwałem je karaluchami. Jak mi za mocno dopiekły łapałem kilku i pokazywałem co zrobię z każdym kto przeszkadza mi w spaniu i od razu miałem zapewnioną ciszę na jakiś czas. Aż wreszcie nadszedł ten paskudny dzień. Obudził mnie jak zwykle hałas, ale tym razem strzaszliwy, jakby ktoś wrzucił metalową zbroję do głębokiej i wąskiej studni. Skrzywiłem się, bo akurat dwa lata wcześniej wpadł do mnie kuzyn i trochęśmy to opili, a teraz przyszło cierpieć. Nagle patrzę a tu coś metalowego ląduje tuż przy mnie. Przyglądam się i widzę że to faktycznie zbroja. Spojrzałem w górę a tu puste wiadro leci na mnie. Nie zdążyłem zareagować i spadło mi prosto na łeb. No to wylazłem na górę i postanowiłem odszukać tego dowcipnisia. Najpierw pomyślałem że to pewnie któryś z karaluchów więc skierowałem się w kierunku takiej sporej sali, w której zawsze dużo ich siedziało. Od razu się rozpierzchły, tylko jakaś mała grupka uciekała po podłodze. Leniwy jestem, więc nie chciało mi się biegać po kolumnach za innymi, to poszedłem za tymi. Szczególnie że nie wyglądali na karaluchy, a to zawsze przybysze robili najwięcej hałasu. Muszę przyznać że byli całkiem sprytni. Myśleli że mnie zatrzymają rozwalając takie spore schody nad przepaścią. W sumie to szkoda że to zrobili bo lubiłem te schody. Kawałek dalej znajdowała się studnia z której zawsze piłem i lubiłem do niej chodzić właśnie tymi schodami bo panował tam taki przyjemny przeciąg, który nieźle chłodził. Czy wspominałem już że jestem pokryty płomieniami? Nie? No więc jestem. To nawet całkiem niezłe i sprawia spore wrażenie, szczególnie na niektórych Majarkach, ale i grzeje niemiłosiernie. Na czym to ja skończyłem? A tak, schody. Zrobili w nich niezłą wyrwę, ale zahaczyłem swój bicz o takie ustrojstwo przy suficie i przehuśtałem się na drugą stronę. Dogoniłem ich przy wąskim moście. Akurat za nimi są schodzy na górę, ale i ta studnia o której już wspominałem. Ta, z której zawsze piję. No i większość z tych maluchów przebiegła na drugą stronę, a jeden taki brodaty ustawił się na środku mostu i mówi mi "Nie przejdziesz". No to machnąłem moim płomienistym mieczem, ale sparował swoim, metalowym. Musiał mieć magiczny, więc się na chwilę opanowałem i czekam co będzie jednocześnie szykując swój bicz. A on tymczasem nawija że jest jakimś strażnikiem płomienia i znowu wyjeżdża mi z tekstem "Nie przejdziesz". I jeszcze laską stuknął o most. "Spierdalaj. Ja tutaj mieszkam" warknąłem w swoim ojczystym języku i zrobiłem krok naprzód. No i wpadłem, bo się okazało że ten mądrala właśnie uszkodził kładkę i wszystko się pode mną zarwało. Lecąc w dół machnąłem jeszcz biczem chcąc go strącić i nawet udało mi się zaczepić o nogę ale słabo, a on się złapał resztek mostu i chyba został tam na górze. Szkoda, jakbym go dorwał w swoje łapki, to już ja bym mu pokazał. Przychodzi taki do mojego domu, szarogęsi się i jeszcze napić się nie pozwala. Ba, w przepaść wrzuca największą. Jak się do niej wpadnie, to leci się z dziesięć minut i dopiero na samym dole jest wyjście. Kiedyś sprawdzałem. Nic to, dno powinno być już blisko a te kurduple chyba uciekły z mojego odludzia, więc zaraz wracam do mojej wygodnej jaskini i kładę się spać. Mam nadzieję że tym razem będę mógł pospać dłużej.




Powrót do strony głównej