Ciężki żywot bohaterów



Calneth'ru'doi, Pożeracz Światów, Zabójca Bogów rozkoszował się swoją ostatnią ofiarą. Była to jedyna żywa istota z tego świata której jeszcze nie pożarł. Powoli wchłaniał jej duszę, przejmował witalność, delektując się ich słodkim smakiem. Gdy ciało było już puste odrzucił truchło na stos podobnych i wyciągnął przed siebie dwie olbrzymie łapy o zakrzywionych szponach. Między nimi niewielka kula pojawiła się, zamigotała, rozrosła i przemieniła w mapę universum. Calneth'ru'doi przeglądał ją szukając świata, którego mieszkańcy zaspokoiliby jego wciąż nienasycony głód. Wreszcie odnalazł odpowiednie miejsce i jednym gestem przeniósł się z martwej planety na nową, tętniącą życiem.

* * *

Pojawił się w dużym mieście, które zapowiadało obfity posiłek. Na razie jednak nie atakował nikogo rozkoszując się paniką jaką wzbudził w mieszkańcach, ich rozpaczliwymi próbami ucieczki jak najdalej od niego. Aby jeszcze zwiększyć ten strach zniszczył jeden z wyższych budynków sięgający mu do pasa. 'Tak, nędzne robaki. Bójcie się mnie, ponieważ godzina waszej śmierci właśnie wybiła' pomyślał przyglądając się małym istotkom uciekającym ile sił w nogach ku bramom miasta. Wtem niewielki błysk zwrócił uwagę Pożeracza. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą było tylko puste powietrze teraz stało kilku konnych, prawie wszyscy w lśniących zbrojach i z kopiami. Tylko jeden miał długi, niebieski płaszcz, białą brodę i szpiczasty kapelusz. Rycerze bez wachania ruszyli w kierunku Calneth'ru'doi. W tym momencie zza murów wyleciała grupa trzech magów na dywanach a także jeden na miotle którzy skierowali się w tym samym kierunku szybko doganiając konnych.
- Wynocha! To nasze ikspeki - ryknął jeden z rycerzy gdy mag przeleciał mu tuż nad głową, lecz odpowiedzią był tylko szyderczy śmiech.
Pożeracz nie przejął się tym - każdy świat próbował się przed nim ratować - skinął tylko brwiami i przed nadciągającymi pojawiła się wysoka i bardzo gruba ściana płomieni. Lecz to nie był jeszcze koniec. W powietrzu obok niego pojawiła się nagle grupa czterech postaci, dwóch z mieczami dwuręcznymi i dwóch z laskami. Wszyscy utrzymywali się na stałej wysokości i najwyraźniej szykowali do ataku, gdy zjawił się jeszcze jeden, tym razem trzyosobowy, zespół.
- Spierdalajcie. Byliśmy tu pierwsi - warknął jeden z magów.
- Znam cię Wicconie Thunderboldt. Pokazałem ci twoje pierwsze zaklęcie na tym świecie i jeśli nie ustąpisz swemu nauczycielowi pierwszeństwa to, na Odyna i Thora, pokażę ci ostatnie. - Zagrzmiał przywódca nowych, staruszek z siwą brodą.
- Odyn i Thor? Którzy to? - zastanawiał się mag nazwany Wicconem.
- To chyba te cieniasy, których rozklepaliśmy tydzień temu - podpowiedział mu jeden z towarzyszy.
Obydwie drużyny przyjęły szyk bojowy, lecz ku zdziwieniu Calneth'ru'doi skierowały się raczej przeciwko sobie. Poczuł się zlekceważony.
- Śmiertelnicy - zaryczał głosem, od którego domy zaczęły się walić - przybyłem by zniszczyć wasz świat i pożreć wasze dusze. Pokłońcie się wielkiemu Calneth'ru'doi zanim uczyni wam ten zaszczyt i ...
- Przepraszam - wtrącił się jeden z magów wyjmując jakiś pergamin i pióro - powiedziałeś Calneth'ru'doi? To twoje prawdziwe imię? Dzięki, bardzo mi to pomoże - po czym poklepał Pożeracza po ramieniu.
- Wasz los jest przesądzony. Wasz świat zostanie pożarty. Opór nie ma sensu ale i tak wiem że będziecie walczyć, więc chodźcie wszyscy naraz i zgińcie.
- Zwariowałeś? I tak mało będzie z ciebie ikspeków, to mamy się jeszcze dzielić? Dosyć tego, nikt nie będzie mi kradł ikspe... - Wiccon przerwał na widok rycerzy i magów na dywanów wypadających ze środka ściany płomieni. Byli lekko osmaleni, lecz poza tym nic im się nie stało. - No nie, następni. Na nich chłopcy - wrzasnął i zaczął rzucać zaklęcie.
Magowie na dywanach zaczęli nucić tę samą inkantację, podczas gdy ich towarzysz na miotle zabezpieczał ich. W tym czasie konie rycerzy zaczęły pędzić po powietrzu, nabierając coraz większej prędkości. Szarża wyglądała doprawdy imponująco dopóki nie rozbiła się o niewidzialną i niezniszczalną ścianę, którę wyczarował nauczyciel Wiccona. Potem kule ognia, błyskawice i dziwne pociski zaczęły przecinać powietrze, a wojownicy z różnych drużyn starli się ze sobą w bardziej konwencjonalnej walce. Pożeracz Światów przyglądał się temu ze zdumieniem, lecz niezbyt długo bo po chwili został wchłonięty przez powiększający się chaos i tam załatwiony przez ktoś czystym przypadkiem. Ponieważ nikt tego nie zauważył walka trwała jeszcze dobrą godzinę. O dziwo Calneth'ru'doi był jedyną ofiarą śmiertelną.

* * *

Wśród gruzów znaczących miejsce gdzie jeszcze niedawno stało miasto snuli się bohaterowie, już nastawieni bardziej przyjaźnie i pomagający sobie nawzajem przy opatrywaniu zadrapań. Wiccon próbował zlokalizować swoją grupę, narzekając przy tym ile wlezie.
- No tak. Znowu tydzień medytowania czarów w plecy i co z tego mam? Nawet jednego złamanego ikspeka. Ech, a brakuje mi jeszcze tylko trzydziestu tysięcy. Ciężki jest żywot bohatera. O, tu jesteście chłopaki. Zbieramy się? Jeśli się trochę pospieszymy to zdążymy jeszcze zapolować na Tarraski zanim skończy się sezon.




Powrót do poprzedniej strony