Superdzień



Nowy rok zaczął się nieszczególnie dla pewnej młodej, głupiutkiej kaczki. Ledwie kilka godzin temu, gdy fajerwerki eksplodowały w powietrzu, jakaś uszkodzona rakieta wylądowała i wybuchła na lodzie. W wyniku tego zdarzenia powstała dziura pełna wody, a kaczka o której wcześniej wspominano stwierdziła że to świetna okazja żeby wziąść kąpiel. Nie wzięła tylko pod uwagę że to środek zimy i że przerębel szybko zamarznie. Teraz, nad ranem szamotała się próbując wydostać się z pułapki. Co chwila rozglądała się także po okolicy szukając kogoś, kto mógłby jej pomóc. Pierwszy głos, który usłyszała, był zachrypnięty i ogłaszał całemu światu, że wszystko co męskie jest złe.
- A mówili że szampan jest zdradliwy, hic. - Osobę, która to mówiła, męczyła również czkawka - I nic dziwnego. Przecież to TEN szampan, czyli meszższ, Menszz, meszczysna. A kocur, też zdrajca, jeszcze dolewał co chwila. Auaa, moja głowa. Zaraz odpadnie. O! Jaki ładny kamyk. Zielony jak ja.
Kaczka była zdziwiona tak nagłą zmianą tematu, ale ponieważ była młoda i niedoświadczona nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Uznała że to jej szansa na wydostanie się z lodowej pułapki.
- Na pomoc! - wrzasnęła - Na pomoc. Jestem uwięziona na rzece.
- Auaa. To boli - dobiegł ją ściszony głos.
Chwilę później na brzegu rzeki pojawiła się najbardziej dziwaczna postać, jaką młoda kaczka kiedykolwiek widziała. Była zielona, ale ubrana w brązowe i bardzo zmierzwione futro. W lewym ręku trzymała niewielki odłamek skały świecący również na zielono. Osoba ta, zataczając się z lekka, zeszła na dół aż do lodu, lecz już pierwszy krok na śliskiej powierzchni zakończył się upadkiem.
- Ał! - Powiedziała leżąca istota i otworzyła oczy. Przez chwilę przyglądała się uwięzionej. - Kaczka - stwierdziła wreszcie.
- Tak, jestem kaczką i nie mogę się stąd wydostać. Proszę mi pomóc - zakwakała młoda.
- Chwila - osoba w futrze zaczęła grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu. Po chwili najwyraźniej coś sobie przypomniała, bo palnęła się w czoło, po czym syknęła z bólu. - Przeklęty blaster. Trudno, będziemy improwizować.
Nadzieja zapaliła się w oczach kaczki, gdy zobaczyła podchodzącą do niej postać. Paliła się nadal gdy tamta uniosła w górę świecący kamień. Gdy dostała po łbie, było już za późno na zrozumienie.
- Ależ ona ciężka. Och, moje biedne, stare serce. - Narzekała Żaba wyciągając na brzeg kaczkę. Wściekle bolała ją głowa, cały świat wirował, a żołądek dawał do zrozumienia że strajkuje. Mimo to nie mogła przepuścić takiej okazji. Już dawno nie widziała żadnej kaczki uwięzionej w lodzie. Teraz jeszcze tylko zdobyć trochę pomarańczy i zrobić sos miętowy, a świat stanie się, powiedzmy jutro, lepszym, a przynajmniej smaczniejszym miejscem.
Wlokąc za sobą swoją najnowszą ofiarę ruszyła w stronę domu, gdy nagle zauważyła przesuwający się po ziemi bardzo szybko cień. Natychmiast rozejrzała się dookoła i pożałowała tego ruchu, bo głowa od razu zgłosiła veto. Na szczęście to nie była pułapka Frontu Uwalniania Ciemiężonych Kaczek Męczonych Ekstremalnie. W takim stanie i bez blastera, który wczoraj się popsuł, Żaba mogła dać sobie radę ze słabszym przeciwnikiem, ale nie z kimś mocnym.
Cień znowu przemieścił się nad nią. Żaba rozejrzała się ostrożnie i w odległości kilkunastu metrów zauważyła spory kształt blokujący jej drogę do domu.
- Motylek. Ale sztuka. - pomyślała, lecz kilka sekund później zauważyła swoją pomyłkę. To był jakiś człowiek ubrany w niebieskie kalesony i podobną koszulkę. Na plecach miał czerwony, falujący płaszczyk, który Bez Serca w pierwszej chwili wzięła za skrzydła. Na piersi miał też wyszytą literę S. Pewnie jakiś skrót, pomyślała Żaba, ale jedyny jaki przychodzi mi do głowy nie najlepiej świadczy o jego mamusi.
- Żabo Bez Serca! - zagrzmiał mężczyzna przyjemnym basem - Pójdziesz ze mną.
- Ciszszszej, mój sssskarbie. - zasyczała Żaba - Chętnie bym poszła, ale muszę kaczkę do domu odnieść.
- Pójdziesz ze mną - nalegał mężczyzna.
- Nie pójdę. - przekomarzała się Bez Serca - A w ogóle to nie stój tak na mrozie, bo się przeziębisz.
- Jestem Stalowym Człowiekiem. Nie przeziębiam się.
- Patrz, nigdy bym się nie domyśliła. Myślałam że to S to od czego innego. Ale gdzieś ci się C zgubiło. A teraz przepuść mnie, bo ja się przeziębiam. Może nie mam serca, ale płuca jak najbardziej, - tu Żaba zakaszlała, zarzęziła, zgięła się wpół po czym dodała znacząco - choć prawdopodobnie niezbyt długo.
- Potworze! Za mordowanie niewinnych kaczek i znęcanie się nad innymi zabieram cię do więzienia! - grzmiał dalej mężczyzna.
- Wiesz, nawet chętnie bym je zwiedziła, bo jeszcze tam nie byłam, ale pewnie nie mają kaczek, ani pizzy - powiedziała Żaba, po czym wyciągnęła z kieszeni nóż i rzuciła nim w człowieka. Niestety narzędzie nie przebyło nawet połowy drogi, gdy zostało trafione przez promienie z oczu mężczyzny po czym się stopiło.
- O żesz w mordę, już po jabłkach. - powiedziała bez zastanowienia Żaba, po czym zostawiła kaczkę i rzuciła się w bok. Ten gościu był chyba całkiem niezły.
Kluczyła pomiędzy drzewami, czasami przypadając za jakąś zaspą, przeczołgiwała się między powalonymi pniami drzew, ukrywała za kamieniami, by po chwili wyskoczyć i co sił w płucach biec ku następnej kryjówce. Najwyraźniej nie zdawało się to na nic. Co chwila widziała cień mężczyzny tuż obok siebie, czasami kątem oka zauważała go przelatującego ponad czubkami drzew, zawsze dokładnie nad jej pozycją. Zupełnie jakby miał jakiś rentgen w oczach. Wreszcie wypadła na otwartą przestrzeń, zbyt zmęczona by dalej uciekać. Mężczyzna wisiał w powietrzu ledwie kilka metrów dalej, nad powierzchnią rzeki, która akurat tutaj zakręcała leniwie.
- To na nic - odezwał się gdy Żaba nerwowo zaczęła przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu jakiejkolwiek broni. - Powiedziałem ci że pójdziesz ze mną. Żadna ziemska broń mnie nie zrani.
Lecz Bez Serca nie słuchała go. Jej dłoń zacisnęła się na znalezionym dziś rano zielonym kamieniu. Może jest radioaktywny? - pomyślała z nadzieją, po czym rzuciła odłamkiem skały w swojego prześladowcę. Ten strzelił promieniami ze swoich oczu, ale kamień leciał dalej, by wbić się prosto w jego czoło. Miał ostre krawędzie i nieźle się zagłębił. Mężczyzna wydał z siebie okrzyk bólu, jakby wlano mu do wnętrza rozpaloną lawę, po czym runął w dół, przebił się przez lód i zniknął gdzieś pod powierzchnią rzeki.
- No! To cię nauczy atakować uczciwe dziewczyny. Hasta la vista, baby. - wrzasnęła za nim Żaba, po czym zadowolona z siebie poszła w stronę pozostawionej na drodze kaczki. - Mężczyźni. Myślą że jak są przystojni to dziewczyna od razu na nich poleci i zrobi co tylko zechcą. Ale nie z Żabą takie numery. No bo po co taki człowiek ma żyć? No po co? Wyrwałam chwasta, ot co.
Wreszcie znalazła swoją przyszłą kolację i odeszła do domu. Euforia nie pozwalala jej jednak zapomnieć o przeciwniku.
- Cienias był, nie ma co. Żeby tak się dać załatwić zwykłym kamieniem. Pewnie wysiadło mu chłodzenie w laserach ocznych, to się zdarza - dodała tonem eksperta. - A swoją drogą ciekawe czy ten kamyk był radioaktywny? Może teraz i ja będę świecić? Przydałoby się, nie musiałabym zapalać światła w nocy.
Tak rozmyślając Żaba dotarła do domu. Tu czekała ją kolejna niespodzianka. Zamek był otwarty. Złodziej?, pomyślała z nadzieją. Po cichu otworzyła drzwi i na palcach zaczęła przemykać po mieszkaniu. Nie musiała szukać długo. W jedynym stojącym pod ścianą fotelu siedział kolejny mężczyzna. Miał ciemne włosy, opadające aż do karku, lekko zakrzywiony, jakby orli nos oraz niewielki wąsik i bródkę hiszpańską. Jeden rzut oka na dłoń spoczywającą na oparciu fotela pozwolił zauważyć dość długie, zadbane i lekko zaostrzone paznokcie.
- Witaj moja siostro, Żabo Bez Serca - odezwał się i chciał powstać, lecz Żaba już była przy nim i jedną dłonią wykręciła mu rękę za plecami, a drugą schwyciła za kark.
- Słuchaj desperado, nie wiem co robisz w moim mieszkaniu, ale wypierdalaj. I zostaw tequilę. - Wrzasnęła Żaba, której ból głowy już tak bardzo nie dokuczał. Zaczęła też powoli ale skutecznie wykopywać obcego z domu.
- Chwila, czekaj, mam dla ciebie propozycję - próbował tłumaczyć czarnowłosy.
- Nie, nie chcę kupować encyklopedii.
- Możesz na tym sporo zarobić.
- Sprzedawać encyklopedii też nie będę - odpowiedziała Żaba i ostatnim, dobrze wycelowanym kopnięciem wyrzuciła mężczyznę z domu.
Gdy tylko upadł, zerwał się na nogi i rzucił się na Żabę, lecz ta wyczekała na odpowiednią chwilę i z całej siły zatrzasnęła drzwi. Rozległ się huk, jakby jakiś lekkomyślny młody człowiek przywalił z całej siły w pięciocentymentrową, dębową, wzmocnioną stalową blachą ścianę, a zaraz po nim cichszy, jakby ten sam człowiek przewrócił się. Ucieszona Bez Serca zaczęła ciągnąć kaczkę do kuchni gdy usłyszała skrzypienie. Odwróciła się tylko po to, żeby zobaczyć natręta stojącego w otwartych drzwiach.
- No dobra, mister "I wanna look gothic and scary, ale mi nie wychodzi", czego właściwie chcesz? - spytała, zbyt zmęczona żeby się użerać.
- Na początku pozwól, Żabo Bez Serca, że się przedstawię. Jestem Diabeł.
- Ten czerwony frajer bez spodni? Nie wyglądasz. - zdziwiła się Żaba.
- NIE! Diabeł, książę ciemności, pan piekieł, ostateczne zło, deprawator. Nie jakaś głupia postać z kreskówki.
- Jakby mi to robiło różnicę - wzruszyła ramionami Bez Serca. - A teraz gadaj czego chcesz, bo jestem zmęczona.
- Ależ to proste - ucieszył się Diabeł - chcę abyś dla mnie dokonała aktu absolutnego zła, nieprawości i podłości. Zadanie w sam raz dla ciebie. A ja w zamian zapłacę ci milion bucksów. Patrz, tu jest zaliczka - to mówiąc wyciągnął z wewnętrznej kieszeni surdutu plik dziesięciodolarówek obwiązanych banderolą i położył go na stole.
- A co miałabym zrobić? - zaciekawiła się Żaba. Jakoś nigdy nie miała nic przeciwko podłościom, szczególnie jeśli to ona mogła robić je innym.
- Och, zadanie jest bardzo proste. Za kilka dni ma zostać uruchomiona nowa elektrownia jądrowa niedaleko stolicy. Z tej okazji odbędzie się uroczyste otwarcie. Ty wejdziesz tam i naciśniesz kilka przycisków, których absolutnie nie wolno naciskać, a wtedy nastąpi wielkie bum i cała stolica zniknie z powierzchni planety. Tutaj masz zaproszenie na otwarcie i szzegółowy plan, co należy wcisnąć, gdzie to znaleźć i jak się tam dostać - Diabeł dołożył na stole jeszcze kilka papierów. - To co, piszesz się?
- Dorzuć butelkę tequili i wytłumacz mi jeszcze jedną rzecz, dobrze? - spytała przymilnie Żaba.
- Dobra - Diabeł wyciągnął niewiadomo skąd butelkę złotej Olmeca i postawił tuz obok dziesięciodolarówek.
- Jeśli nacisnę te przyciski, jak szybko wszystko wyleci w powietrze?
- Och. To będzie kwestia sekund. Jeśli zrobisz wszystko tak jak ci napisałem, to całość nie potrwa nawet dwóch minut.
- I, jak rozumiem, nikt nie zdąży się ewakuować?
- Nikt. Wszyscy w promieniu kilkudziesięciu kilometrów zginą bardzo bolesną, choć niestety szybką śmiercią.
- W takim razie, pozwól że jeszcze coś ci pokażę - powiedziała Bez Serca biorąc Diabła pod ramię i prowadząc do kuchni.
Przybysz nie stawiał oporu, już po chwili oboje stali w kuchni, a Żaba otwierała drzwiczki swojej wysłużonej i niezwykle sprawnej mikrofalówki.
- Spójrz tutaj - powiedziała wskazując na coś w środku. - Widzisz?
- Ale co? - spytał Diabeł zerkając.
Ponieważ nic nie mógł zauważyć, pochylił głowę, po czym niemal włożył ją do środka. Żaba tylko na to czekała. Z całej siły kopnęła Diabła, po czym złapała za tłuczek i zaczęła go wpychać do środka. Zwykłym ludziom wydaje się że nie da się wejść do mikrofalówki, gdyż taka maszyna posiada zbyt małą objętość. Dla Żaby Bez Serca była to jedynie niewielka niedogodność. Już pięć uderzeń i jedenaście pchnięć tłuczkiem później Diabeł siedział skondensowany w mikrofali, za zamkniętymi drzwiami, a Żaba nastawiała urządzenie na jak największą temperaturę.
- Wiesz, el diablo, - mówiła jednocześnie oglądając smażącą się istotę - nie obchodzą mnie elektrownie jądrowe, ani stolica, ani nawet ludzie którzy tam żyją. Pierdolę ich. Jest tylko jeden problem. Co mi po milionie, jeśli zginę i nie będę mogła się nim nacieszyć? Bo przecież po wysadzeniu tego ustrojstwa w powietrze sama bym zginęła. Dlatego pozwolę ci poczuć to, co ja bym wtedy poczuła. Smaż się palancie.
Wysoka temperatura wyraźnie nie służyła Diabłu. Włosy już mu się popaliły, a skóra nabrała przyjemnego czerwonawego odcienia. Ubranie też było w strzępach. Jego czoło i skronie bezustannie zalewał pot, który jednak szybko parował, z nozdrzy bił dym. Rozległ się również potężny wrzask, który trwał i trwał i trwał. W pewnym momencie kuchenka drgnęła, potem podskoczyła, zakołysała się i znowu zaczęła skakać. A potem ekplodowała. Na jej miejscu stał diabeł próbując łapać się za najbardziej poparzone miejsca, ale chyba sam nie wiedział które to. Na krótką chwilę jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Żaby, która już sięgała po tasak, lecz poparzony nie czekał. Wybiegł z kuchni, a następnie przez otwarte drzwi. Żaba patrzyła jeszcze jak biegnie alejką, wpada pod rozpędzony samochód, który właśnie podjeżdżał pod jej dom z piskiem opon, podnosi się i biegnie dalej. Potem swoją uwagę skupiła na pozostawionych banknotach. Niestety okazały się fałszywe.
- A to oszust! - wrzasnęła Bez Serca - wciskał mi forsę z pieprzonym kaczorem Donaldem.
- Heja Żabo, przywieźliśmy twoją część - krzyknął ktoś do niej sprzed domu.
Spojrzała więc i w samochodzie który potrącił Diabła rozpoznała maszynę Clamtougha.Wysiadał właśnie z miejsca dla pasażera, a za kierownicą nietrudno było dostrzec Fenrie'ego. Małż zawsze dawał mu prowadzić gdy sobie popił. Na tylnym siedzeniu, cały zielony, siedział pająk Adalbert zasłaniając sobie oczy sześcioma odnóżami. Musiał tak zrobić, bo oczu miał więcej niż standardowe dwa.
- Tak przy okazji, nie wiesz co to za wariat właśnie rzucił się Fenrie'emu pod koła?
- To był Diabeł - odparła kwaśno Żaba, która wciąż nie mogła odżałować fałszywych banknotów.
- Ten czerwony frajer z gołym tyłkiem? A wiesz że nawet podobny?
- Tak. Teraz już tak - uśmiechnęła się Żaba.




Powrót do poprzedniej strony