Święto u Żaby



Obudziła się i przez chwilę próbowała jeszcze zagłębić się w cudowny świat marzeń, lecz nie opuszczało jej uczucie że coś jest nie tak. Nie miała pojęcia co, ale sygnał był tak natrętny że otworzyła oczy i szybko dokonała przeglądu najważniejszych rzeczy. Po pierwsze nadal żyła, a to liczyło się najbardziej. Rzut oka na sufit powiedział jej że znajdowała się we własnym domu, a nawet we własnym łóżku, co też należało zaliczyć na plus. Otulała się swoją własną, niezwykle wygodną, mięciutką i ciepłą pościelą, czyli nikt jej nie ukradł. Przystojny i nieźle umięśniony mężczyzna leżał tuż obok niej. Jeszcze nie uciekł. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, ale uczucie nie mijało. Usiadła na łózku rozglądając się po pokoju za źródłem niepokoju, a ruch ten obudził Logana.
- Coś się stało? - zapytał przewracając się na drugi bok.
- Coś jest nie w porządku, ale nie mam pojęcia co.
- Widocznie nic ważnego. Spróbuj zasnąć, a może wszystko samo się ułoży?
- Tak, chyba masz rację.
I wtedy jakby ktoś ją strzelił młotem między oczy. Jakby listonosz przyniósł wezwanie do urzędu w sprawie podatków, których swoją drogą nigdy nie płaciła. To był ten dzień. Ten paskudny dzień.
- Och - Żaba Bez Serca palnęła się dłonią w czoło. Jak mogła zapomnieć? - Dziś są moje urodziny - stwierdziła.
- Naprawdę? - Logan trochę się ożywił. Oparł się na łokciu, spojrzał w twarz Żaby i ze swoją zwykłą, rozbrajającą głupotą zadał to okrutne pytanie - A które?
- Wiesz, nie należy pytać damy o jej wiek.
- Damy bym nie pytał. Khhh.
- Mówiłeś coś? Ręka mi się ześlizgnęła i nie dosłyszałam.
- Khhh... ghhh... Całkiem celnie ci się ześlizgnęła.
- To wrodzony talent. Taka już jestem. A teraz czy mógłbyś powtórzyć, bo nie dosłyszałam?
- Mówiłaś że są twoje urodziny. Założę się że osiemnaste - Logan próbował przymilić się Żabie. Bez skutku.
- Nieprawda. Dziesięć tysięcy setne - Bez Serca roześmiała się widząc szeroko otwarte oczy mężczyzny. - Pochodzę z bardzo długowiecznego rodu. Nawet jak na standardy żab, które żyją dłużej od ludzi, jak zapewne wiesz.
- No, no - Logan pokiwał z niedowierzaniem głową. - To ty strasznie stara jesteś.
- Uważaj koleś - oczy Żaby zwężyły się niebezpiecznie. - Tylko ja mogę mówić że jestem stara. Wszyscy inni mają wychwalać mnie i moją wspaniałą, zieloną cerę. A teraz skocz i zrób śniadanie.
- Ta jest, psze pani - mężczyzna stoczył się z łóżka i poszedł do kuchni. Po chwili dobiegł stamtąd jego głos. - Niestety kaczki już się skończyły. Mogą być same pomarańcze?
Żaba westchęła. Zaczynało się.
Kolejna paskudna rzecz wydarzyła się, o dziwo, dopiero po południu. Żabę odwiedził Blackitty, a zgodnie z zasadą że nieszczęścia chodzą parami, była z nim również jego dziewczyna Cluecat, obecnie w swej ludzkiej postaci Alice.
- Co robisz? - spytał kot, gdy drzwi otworzyły się i ukazały Bez Serca z kilkoma gwoździami w ustach oraz młotkiem i paroma deskami w rękach.
- Fóbuję fabeffiefyć fwi. Fafijam je - wymamrotała bardzo niewyraźnie Żaba.
- Ale przecież wtedy goście nie będą mieli jak wejść.
- I właśnie o to chodzi - Żaba wyjęła gwoździe z ust i od razu odzyskała dawny głos. - A wy tu czego?
- Przyszliśmy dać ci prezent - Alice wręczyła Bez Serca sporą paczkę z jej ulubionymi ciasteczkami, nadziewanymi pierniczkami w trakcie serca.
- A co tam tak smakowicie pachnie w kuchni? - Blackitty ostrożnie zaczął się kierować w tamtym kierunku.
- Miała być pieczona kaczka z pomarańczami, ale kaczki się skończyły, więc pewnie to pieczone pomarańcze. Obawiam się że Loganowi czasami brakuje nieco wyobraźni.
- Widzisz jak to dobrze że przyszliśmy? Dzięki nam nie będziesz musiała głodować. Mogłabyś się odwdzięczyć i zaprosić nas do środka.
- A co mi tam, wchodźcie. Dzień i tak będzie paskudny, więc skoro ja muszę cierpieć to i wy pocierpicie ze mną - Żaba uśmiechęła się paskudnie i zostawiła młotek i deski w przedpokoju.
Szybki przegląd różnych szafek wykazał że w domu oprócz pomarańczy Żaba miała jeszcze kilka butelek wina domowej roboty. Z winogron. Nie zrobiła go sama, ale dostała swego czasu od przyjaciela, a że było wyśmienite, zostawiła sobie na później i kompletnie o nim zapomniała. Przyjaciele rozsiedli się więc w salonie i rozpoczęli degustację tego cudownego, godnego królów napoju. Żaba zdążyła tylko zamoczyć usta gdy rozległ się dzwonek.
- Kogo tam licho niesie? - narzekała człapiąc do drzwi, ale gdy tylko je otworzyła, jej twarz rozjaśnił uśmiech. - Zobaczcie kto wpadł na obiad! - Krzyknęła w głąb domu.
- Dzień dobry - odezwała się młoda i bardzo apetyczna kaczka. - Czy mam może przyjemność z osobą znaną jako - tu kaczka zajrzała do swojego notatniczka - Piekielna Żaba, Porywaczka Młodych Kaczek, Czarci Pomiot, Demon Bez Serca, et caetera, et caetera?
- Tak moja droga. Zaiste, to ja nią jestem. A ty musisz być...
- Jestem nową członkinią Frontu Uwalniania Ciemiężonych Kaczek Ubezwłasnowalnianych Sromotnie i prowadzę śledztwo w sprawie zaginięcia sporej liczby kaczek w tym rejonie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Czy wie pani może co się z nimi stało?
- Wiesz co kochaniutka, nie stójmy tak na przeciągu. Dziś są moje urodziny, mój skarbie i bardzo się cieszę że wpadłaś - na ostatnie słowo Żaba położyła szczególnie silny nacisk. - W środku czeka kilku moich przyjaciół i głupio mi ich tak zostawiać samych. Czemu do nas nie dołączysz?
- No nie wiem. Gdy zapisywałam się do Frontu ostrzegano mnie żeby nie ufać miejscowym żabom, ale pani wydaje się taka miła. A wie pani coś o tych kaczkach?
- Niewykluczone - Żaba starannie zamknęła drzwi i poprowadziła gościa przez salonik do kuchni. - A możesz podać nieco więcej szczegółów? Na przykład jak smakowały?
Nic co dobre nie trwa wiecznie. Kolejny gość zawitał już pół godziny póąniej. Tym razem był to pająk Adalbert.
- Cześć. Inne pająki już czekają - Żaba postanowiła wykorzystać to że Adalbert miał arachnofobię. Z jakichś powodów pająk nie wyglądał na tak przestraszonego jak zwykle.
- Cha, cha. Bardzo śmieszne. Po pierwsze u ciebie nie ma pająków, a po drugie nie boję się ich. Pewnie jeszcze nie wiesz, ale zapisałem się na kurs strzelania i noszę ze sobą najnowsze blastery MegaBlast 2020 - z tymi słowy Adalbert wyciągnął sześć egzemplarzy całkiem ciekawej broni. - Każdy pająk który się do mnie zbliży, oberwie.
- A dużo już luster zniszczyłeś?
- Dwa - pająk lekko pomarkotniał, a widząc powątpiewający wzrok Żaby dodał - i jeden cały sklep z lustrami. Ale sami się prosili o kłopoty.
- Dobra, schowaj broń i siadaj przy stole póki jest wino. Kaczka jeszcze nie jest gotowa. Adalbert posłusznie schował blastery, ale jednoczesne posługiwanie się sześcioma przedmiotami może być trudne nawet dla pająka, więc dwa z nich wystrzeliły. Jeden nie zrobił żadnych szkód, jeśli nie liczyć niewielkiej dziurki w drzwiach i jakiegoś wybuchu z zewnątrz. Drugi był celniejszy.
- Moje ciasteczka! - wrzasnęła Żaba, otwierając trafione opakowanie. Okazało się że wszystkie serduszka stopiły się w jedną masę czekoladową. - Moje biedne ciasteczka. Co teraz z wami będzie.
- To może ja skoczę po nastęne? - zasugerował pająk. - Chyba da się je dostać w tym sklepie na rogu.
- To weź od razu dwie paczki. Albo lepiej trzy. Cztery! - wrzasnęła Bez Serca gdy pająk znikał za drzwiami. - Najlepiej kup wszystkie!
Nie dane było Żabie zaznać spokoju i objadać się połączonymi ciasteczkami. Nie zdążyła nawet dojść do fotela gdy kolejny dzwonek zawrócił ją do drzwi za którymi stał spory pies.
- Och, jaki milusi - ucieszyła się Bez Serca. - Mój własny zwierzaczek. Będę go tulić i głaskać i pieścić i przytulać - mówiąc to Żaba objęła psa za kark i zaczęła spełniać swoje groźby. We wzroku zwierzęcia można było łatwo zauważyć prośbę o pomoc. - Kochać i tarmosić i bawić się z nim i w ogóle będzie fajnie. Prawda pieseczku? A nazwę cię Pies.
- Khm, khm. To jest Fenrie, gdybyś nie rozpoznała - oznajmił jakiś głos z boku.
- O, Clamtough, miło że wpadłeś.
- Ja nie wpadam. Alimenty kosztują. Przyszedłem - oznajmił małż.
- Jak sobie chcesz, dla mnie żadna różnica. Wejdźcie do środka.
- O, widzę że próbowałaś blokować drzwi? - skomentował Clamtough spoglądając na deski, gwoździe i młotek.
- Tak. Niestety Blackitty przyszedł wcześnie i mnie powstrzymał.
- Dzięki Blackitty. Dzięki temu nie muszę wchodzić po piorunochronie, jak w zeszłym roku.
- I dwa lata temu - dodała Żaba.
- Acha, a trzy lata temu chyba przez komin, ale tylko dlatego że jeszcze nie miałaś piorunochronu.
- Wtedy jeszcze gromy nie biły tak często w mój dom i w ogóle było spokojniej.
- A propos, widziałem przed chwilą Adalberta, który pędził jakby goniło go sto demonów. Co mu się stało?
- Mało brakowało a popełniłby potworną zbrodnię - oświadczyła Żaba prowadząc nowych gości do pokoju. W odpowiedzi na pytająco uniesione brwi małża sprecyzowała. - Próbował zastrzelić z blastera czekoladowe serduszka. Kto tam się znowu pałęta? - to ostatnie zdanie było spowodowane lekkim, jakby nieśmiałym pukaniem do drzwi.
Okazało się że to Adalbert, którego ledwo było widać zza opakowań czekoladowych serduszek. Taki widok udobruchał nieco Żabę, która udała się do kuchni żeby sprawdzić czy kaczka już jest gotowa, a także żeby zabezpieczyć ciasteczka.
Tymczasem goście w salonie popijali wino i rozmawiali. Większość osób znała się, więc głównie interesowali się Loganem. Wszystko szło świetnie do czasu gdy jakaś istota w czerwono-niebieskim kostiumie nie wpełzła przez okno i nie przeszła po ścianie w pobliże Logana.
- Psst, przyjacielu. Nie chciałbym ci przeszkadzać ale jesteś potrzebny gdzie indziej - Dziwna istota pochyliła się w stronę głowy mężczyzny, jednocześnie odsłaniając symbol na swoich plecach. Symbol z ośmioma łapkami.
- Aaaaa! Paaaająąąk! - wrzasnął Adalbert wyszarpując swoją broń i zaczynając strzelać w stronę wrogiego kształtu. Nie był najlepszym strzelcem, ale salwa z sześciu blasterów z niewielkiej odległości nie wymaga dużych umiejętności.
Ściana za Loganem została nieco osmalona, kilka obrazków i jeden dzbanek wyparowały, a na podłogę opadły czerwone i niebieskie resztki kostiumu. Mężczyzna delikatnie trącił je nogą.
- Nigdy nie go lubiłem - mruknął.
- Co się dzieje? - Żaba właśnie w tym momencie wkroczyła do salonu z kaczką zapiekaną w pomarańczach. - Ktoś krzyczał - spojrzała wymownie na Adalberta wciąż trzymającego w łapkach broń.
- Tu był pająk - Adalbert usiłował się wytłumaczyć, jednocześnie chowając blastery. - Taki ogromny, cały czerwony i niebieski. Olbrzymi.
- Pewnie ten, jak mu tam, Piesnik. Na pewno chciał dorwać Fenrie'ego - skomentowała Żaba, znana ekspertka od pająków. - Wy nie wiecie, jakie te bydlaki są mocne. Potrafią skakać nawet na pół metra.
- Ten wyglądał na takiego, co mógłby skoczyć z pięć metrów. Sam miał z półtora - mruknął Clamtough.
Żaba chciała rzucić coś zgryźliwego w odpowiedzi, lecz w tym momencie jej wzrok spoczął na podniszczonej ścianie.
- Adalbert, oddawaj blastery. Dość szkód na dzisiaj. Jeszcze nikogo nie trafiłeś, ale do trzech razy sztuka. Oddam ci je jak będziesz wychodził.
- A nie mogę zachować choćby jednego? Czuję się z nimi bezpieczniej.
- Tutaj ci się na nic nie przydadzą, chyba że zdecydujesz się pójść do piwnicy. Chcesz? Mogę cię tam wrzucić.
- Jjjakieś pająki?
- Mnóstwo. Ile gwiazd na niebie i jeszcze dwa więcej. Sama liczyłam.
- Dobra, masz - W obliczu grożącej mu wyprawy do piwnicy pająk skapitulował i oddał Żabie wszystkie sześć MegaBlastów 2020.
Teraz cała grupa przyjaciół mogła chóralnie odśpiewać Żabie swoją wersję piosenki urodzinowej. Większość śpiewała tradycyjne Sto Lat, ale u Clamtougha sto zamieniło się w 1100100, a u Adalberta w 144. Bez Serca nie dziwiła się, obaj byli geekami komputerowymi i takie zboczenie było u nich normalne. Po piosence przyszedł czas na zjedzenie kaczki. Okazała się wyśmienita.
- Mmm, delicje - skomentował Clamtough.
- Bardzo pyszna. Dawno nie jadłem czegoś równie dobrego - wtórował Adalbert.
- Faktycznie niezła - rzucił od niechcenia Blackitty. - Czym nadziewałaś?
- Niczym. Nie było w niej miejsca. Miałam wyjąć wszystko ze środka żeby potem wkładać jakieś nadzienie? - Żaba udawała bardzo zdziwioną.
Głupkowaty uśmieszek zniknął z twarzy Blackitty'ego, który zrobił się blady, później zielony, aż w końcu pomknął w stronę łazienki.
- Ma słaby żołądek - wyjaśniła Żaba, a wszyscy wokół pokiwali ze zrozumieniem. - Pamiętam że gdy się poznaliśmy też nie czuł się najlepiej. Biedny kotek.
Blackitty po chwili odzyskał formę. Wrócił do stołu i starannie obejrzał kaczkę.
- Ha, tak myślałem. Jednak zrobiłaś ją jak należy. Jesteś podła. Straszliwie podła, wiesz?
- Oczywiście, A dlaczego nazywają mnie Żabą Bez Serca? Przypomnieć ci?
- Nie. Nie trzeba. Pamiętam.
- Ale ja nie wiem - odezwał się Logan. - Dlaczego?
- Może kiedy indziej - stwierdziła Bez Serca wpatrując się w okno. Przed chwilą mignęło jej tam coś ciemnoniebieskiego. - Chyba ktoś jeszcze idzie.
Jakby wywołany jej słowami odezwał się dzwonek. Żaba jednym skokiem znalazła się przy drzwiach i natychmiast je otworzyła, mierząc z jednego z MegaBlastów. Na zewnątrz nie było nikogo, choć dzwonek dopiero milknął. Tylko na ziemi leżało spore pudełko.
- Co to? - spytał Logan, gdy Żaba wracała z paczką do salonu.
- Bomba?
- Może od FUCKUS?
- Nie - zaprzeczyła Żaba. - One zawsze dołączają karteczkę z podpisem. To od kogoś innego. Sprawdźmy co jest w środku.
- O kurcze - odezwał się Adalbert po otwarciu pudełka.
- Nie kurczę, tylko piernik.
- Acha, wygląda smacznie.
- A jak bardzo do ciebie pasuje - skomentował Blackitty. - Takie duże serce, to akurat coś dla ciebie.
- Owszem. Ale podzielę się z wami.
- Dzięki. Nie sądziłem że jesteś taka wspaniałomyślna.
- Wybij to sobie z głowy młotkiem. Leży przy drzwiach. Jeśli jest zatruty to nie tylko ja to odczuję - uśmiechnęła się Żaba krojąc piernik na kilka części.
- Ale kto mógł ci go przysłać?
- Nie mam pojęcia. Czy to ważne? Ważne żeby był smaczny, a na taki wygląda. Resztą nie ma się co przejmować.




Powrót do poprzedniej strony