Zimowe szaleństwa



Śnieg padał sobie wesolutko z nieba, ale w zimowym ośrodku wypoczynkowym położonym w Tajemniczych Górach nie przejmowano się tym. Ba, wszyscy cieszyli się że będzie po czym jeździć na nartach czy snowbordzie i że materiału na bałwany jest pod dostatkiem. Tych ostatnich powstało już zresztą kilka, tradycyjne trzy kule i marchewkę zamiast nosa miały prawie wszystkie. Tylko jeden wyróżniał się dziwnym kształtem.
- O rany, ale bałwan! - Wrzasnął jeden z dzieciaków które stanowiły miejscową bandę łobuziaków.
- Co za palant ulepił coś takiego? - spytał inny. - Obleśny.
- Właśnie. Jak można lepić ropuchę ze śniegu.
- Jakiś chory człowiek - rzucił kolejny bachor.
- Właściwie to nie całkiem - odpowiedział mu miły, choć nieco chrapliwy głos.
Gdy banda odwróciła się, ujrzała sporą żabę, tym razem prawdziwą i wściekle zieloną, podchodzącą ku nim powoli.
- Ale paskudna ropucha - skomentował najodważniejszy, stojący z tyłu maluch.
- Żaba, żaba. Istnieje zasadnicza różnica - odpowiedziała spokojnie Żaba. - Chcecie zobaczyć coś ciekawego? - spytała wpatrując się wnikliwie w łobuziaków.
- Oooczywiście - wybełkotał ten, na którym akurat spoczął jej wzrok. - A co takiego, psze pani?
- To chodźcie.
Chwilę później Żaba wskazywała im na sporą żelazną konstrukcję z rurek pokrytą szronem.
- Nie bójcie się, podejdźcie bliżej. Widzicie?
- Ale co? - spytał jeden z chłopców gdy banda przyglądała się rurkom.
- Pokażę wam - odparła Żaba uśmiechając się paskudnie.
Bystry obserwator zauważyłby tę samą żabę idącą kilka minut później w stronę wyciągu, gdzie czekał na nią mężczyzna.
- Co ci zajęło tak dużo czasu? - spytał.
- Wiesz, pudrowanie noska i inne takie babskie sprawy - odparła Żaba. - Masz narty, Logan?
- Oczywiście. Są tutaj.
- Tylko dwie? - spytała, a potem roześmiała w odpowiedzi na zdziwione spojrzenie mężczyzny. - Żartowałam. Przecież wiem że nie używa się więcej niż dwóch. Chodźmy na wyciąg.
- Zobacz, jakieś szczeniaki próbowały polizać oszronione rurki - zwrócił jej uwagę Logan, gdy już wjeżdżali na górę.
- Tia. Myślałby kto, że mają choć trochę oleju w głowie, nie?
- Durne szczeniaki. Dziwne tylko że aż tyle ich się przykleiło. Ilu ich tam jest? Pięciu? Nie, chyba sześciu.
- Pewnie przykleił się jeden, a reszta próbowała mu pomóc - stwierdziła Żaba tonem eksperta.
Na podobnych rozmowach minęła im podróż na szczyt. Żaba Bez Serca była zadowolona z tego wyjazdu. Normalnie nie przepadała za zimą, wolała wylegiwać się w cieple, ale kilkudniowy wyjazd z Loganem miał swoje dobre strony. O wiele więcej dobrych niż złych w każdym razie. Można było pojeździć na nartach potrącając nie spodziewających się niczego frajerów, albo zamiast na łatwą trasę skierować ich na najtrudniejszy, niemal pionowy zjazd. A potem, w nocy, wylegiwać się w ciepłym łóżku. Dlatego Żaba była w tak świetnym nastroju, którego nic nie mogło zepsuć. A przynajmniej tak jej się wydawało.
Pojeździli trochę po stoku, czasami wpadając na innych turystów, albo zasypując ich śniegiem przy ostrym hamowaniu, aż wreszcie zatrzymali się na odpoczynek w spokojniejszej części zbocza. Lecz nie dane było im odpocząć. Żaba nie zdążyła nawet się odezwać, gdy poczuła pchnięcie w plecy, po czym wpadła głową w zaspę. Gdy się wygramoliła, zauważyła jakąś kobietę z nartami na nogach i długimi kręconymi włosami, która najwyraźniej przed chwilą ją potrąciła. Humoru Żabie nie poprawił fakt, że Logan trzymał nieznajomą na rękach.
- Co się dzieje? - spytała Bez Serca, wypluwając śnieg.
- Ta panienka nie mogła się zatrzymać i wpadła na nas - wyjaśnił Logan, a Żaba nie po raz peirwszy zadumała się nad jego naiwnością.
- Ta, jasne. Nie wiesz czasem - wymruczała. - Łapy precz od od mojego chłopaka, zdziro.
- Ale ja nie... - młoda narciarka zawachała się na moment, a potem zmrużyła oczy i uśmiechnęła się paskudnie. - A co? Boisz się że mogę ci go odebrać?
- Że co? - Żabie na chwilę odjęło mowę. Spodziewała się raczej zaprzeczeń. - Ty? Nawet nie jesteś porządnie zielona.
- I to jest właśnie zaleta. Nie przypominam zgniłej oliwki - odparła kobieta, po czym uśmiechnęła się do Logana. - To co, może pojedziemy w jakieś bardziej ustronne miejsce?
Oczy Żaby zwęziły się niebezpiecznie. Miała ochotę spopielić tę bezczelną zdzirę na atomy, ale wiedziała że w ten sposób przyznałaby się do porażki. Musiała rozegrać to inaczej.
- Zielony to bardzo twarzowy kolor, na przykład ty świetnie byś wyglądała w jakimś mundurze. Hmmm... powiedzmy wywiadu. A tak właściwie to kim jesteś i skąd się wzięłaś w tej, skądinąd raczej pustej części stoku? Nie śledziłaś nas przypadkiem? Nie wiem Logan, rób jak chcesz, ale ja bym ci radziła na nią uważać. Wygląda mi na taką co to lubią wsadzać do dziwnych szklanych pojemników. Ja w każdym razie nie mam zamiaru zostawac tu dłużej.
Następnie Żaba Bez Serca ostro pojechała w dół stoku ciesząc się z podstępu. Prawdę powiedziawszy nieznajoma raczej nie wyglądała na agentkę wywiadu, ale Logan miał na ich punkcie paranoję. Swego czasu dzięki pomocy Żaby uciekł z tajnego wojskowego laboratorium. Dlatego Bez Serca podejrzewała że jej fortel się uda i miała rację. Nie zdążyła odjechać daleko, gdy mężczyzna dogonił ją.
- Ładnie to tak? Obściskiwać się z jakimiś obcymi szmatami kiedy ja nie patrzę? Żeby chociaż była ładna, nawet niekoniecznie zielona, ale po prostu niebrzydka. Ale takie badziewie?
- Ależ ja... ja wcale... to nie tak jak myślisz - jąkał się Logan.
- Jasne, nie mydl mi tu oczu. Myślisz że się wymigasz?
- Ale ja naprawdę... tylko na tobie mi zależy. Jak mam cię przekonać?
- Wszyscy tak mówią. Łajdacy.
- Zrobię wszystko. Naprawdę.
- Wszystko? - spytała Żaba, która wiedziała już że dostanie to, czego chciała. Niestety w tym momencie śnieg wokół zaczął się poruszać, więc nie usłyszała takiej odpowiedzi, jakiej się spodziewała.
- Lawina - krzyknął Logan, gdy zwały śniegu zaczęły go oddzielać od Żaby.
Bez Serca obejrzała się do tyłu i zauważyła że obecne kłopoty to nic przy tych, które powinny ją dosięgnąć za jakąś minutkę a które miały postać olbrzymich mas śniegu sunących w dół zbocza. Upewniła się jeszcze że Logan da sobie jakoś radę, po czym zaczęła zjeżdżać najszybciej jak tylko mogła. Zaspy śmigały wokół niej, śnieg uciekał spod nart, lecz ona gnała wiedząc, że zostać tutaj oznacza pewną śmierć. Niestety z przodu oczekiwała śmierć niewiele mniej pewna. Nie wiedziała kiedy skręciła w złą stronę, ale to na pewno nie był szlak. Zdarzały się tutaj rosnące drzewa i powalone pnie, które bardzo ciężko było omijać. W pewnej chwili musiała nawet podskoczyć i podkurczyć nogi w powietrzu, gdyż leżąca kłoda była zbyt szeroka by ją objechać przy tej szybkości. Przez chwilę była z siebie bardzo zadowolona, ale mina jej zrzedła gdy zobaczyła że kilkanaście metrów przed nią stok kończył się. Zahamowała ostro i udało jej się stanąć tuż na skraju przepaści. Pokryta śniegiem, nierówna ściana była niemal pionowa. Bez Serca obejrzała się na łamiącą bardzo bliskie drzewa lawinę i zdecydowała się.
- Raz żabie śmierć - mruknęła, po czym skoczyła w dół.
Ściana nie była równa, tu i tam zdarzały się występy pokryte śniegiem i właśnie ich używała teraz Bez Serca. Cały sekret polegał na tym żeby skakać na występ, przejeżdżać po nim amortyzując siłę upadku i od razu lądować na następnym. Była już prawie na samym dole, gdy zrobiło się nieco ciemniej. Żaba nie miała czasu by spojrzeć w górę, ale wiedziała że to pierwsze zwały śniegu właśnie przetaczają się przez krawędź przepaści i wiszą nad nią. Lawina prawie ją doganiała, ale Żaba nadal miała przewagę kilku metrów i szybkości. W ciągu niecałych dwóch sekund, które opanowanemu przez adrenalinę mózgowi wydawały się dwiema godzinami, znalazła się na dole, płynnie przechodząc do jazdy po mniej pionowym gruncie. Opadający śnieg właśnie zaczynał tworzyć białą kurtynę tuż przed nią, ale nie było go jeszcze dużo. Gdyby w tej chwili jakiś fotoreporter stał nieco dalej, mógłby zrobić wspaniałe zdjęcie, zdolne wygrać dowolny konkurs fotograficzny. Oto przez ścianę opadającego śniegu przebiła się krzycząca Żaba, wylądowała na stoku i momentalnie odbiła się kijkami, nabierając prędkości. Za nią lawina, jakby widząc że ofiara się wymyka, zaczynała pościg rycząc zaciekle. Niestety żadnego fotoreportera tam nie było, choć może to i dobrze bo choć zrobiłby cudowne zdjęcie, byłoby to prawdopodobnie jego ostatnie ujęcie w życiu. Bez Serca tymczasem próbowała ujść przed goniacym za nią śniegiem, ale jej szanse malały z każdą sekundą. Trasa była nierówna i nie mogła rozwinąć pełnej prędkości, a poza tym lawina i tak była szybsza. Na szczęście zauważyła otwór jaskini ciemniejący w zboczu góry. Lawina co prawda mogła go zasypać, ale nie powinna dostać się do środka, więc Żaba właśnie tam się skierowała. Udało jej się w ostatniej chwili. Gdy tylko znalazła się we wnętrzu śnieg zaczął blokować przejście.
Okazało się że jej ulepszone oczy miały jeszcze jedną zaletę i pozwalały widzieć w ciemności. Jaskinia ciągnęła się spory kawałek, dlatego Żaba postanowiła poszukać innej drogi wyjścia. Wiedziała że ratownicy nie przekopią się przez lawinę w ciągu najbliższych paru godzin. Zdjęła narty i ruszyła przed siebie.
Jaskinia, jak to jaskinia, ciągnęła się przez jakiś czas, to zwężając, to znów rozszerzając się. Czasami prowadziła w dół, czasami w górę, aż wreszcie doprowadziła Żabę do jakiegoś szerszego miejsca. Było tu nawet niewielkie podziemne jeziorko. Co prawda Bez Serca była raczej głodna, ale stwierdziła że woda też nie zaszkodzi. Właśnie piła ją niewielkimi łykami, ze względu na jej niską temperaturę, gdy usłyszała plusk. Po powierzchni sunęła niewielka kłoda, a na niej siedziała dziwna istota z szerokimi, świecącymi oczami, używająca dwóch kaczopodobnych łap jako wioseł. Stwór dopłynął do brzegu, a którym stała Żaba, wyszedł na ląd i odezwał się:
- O tak, mój sssskarbie. Glum, glum. My im jeszszszcze pokażemy. Przszszeklęty Bagginssss. Czy ty jessssteśśś, przszszeklętym Bagginsssem? - istota pytająco spojrzała na Żabę.
- Tak, tak. Jasne. A teraz spływaj mały, zanim przyjdzie duży zły czarodziej i cię skrzyczy - odpowiedziała Bez Serca, przekonana że ma do czynienia z wariatem.
- Glum, glum. Oddaj, mój sssskarb, mój ssskarbie. Przszeklęty złodziej, Bagginsss. Mój ssskarb - wrzasnął stwór i rzucił się na Żabę. Ta zgrabnie uskoczyła mu z drogi i strzeliła z blastera. Rozległ się syk przypalanej skóry, gdy promień trafił w miejsce tuż poniżej pleców, a następnie plusk. Dziwna istota natychmiast zanurkowała nie pozwalając Żabie na dokładniejsze wycelowanie.
- Przeklęci wariaci - mruknęła jeszcze i poszła dalej.
Nie podobało jej się tu, było zimno, ciemno, wilgotno i w dodatku nie dawało się znaleźc nic do jedzenia. Poza tym droga zaczynała prowadzić pod górę, co mogło oznaczać że prowadzi na powierzchnię, ale na pewno wymagało więcej wysiłku przy wchodzeniu. Po pewnym czasie wycieńczona Żaba dotarła do niewielkiej salki. Prawdę powiedziawszy był to tylko większy kawałek płaskiego terenu, do którego dochodziło kilka korytarzy. Bez Serca postanowiła tu trochę odpocząć, lecz nie było jej to dane. Zdążyła tylko przysiąść na kamieniu, gdy usłyszała jakieś hałasy a w chwilę później do salki wpadły dwie postacie. Jedna wyglądała jak zwykły starzec z długą, siwą brodą i krzaczastymi brwiami, natomiast druga... Tu sprawa przedstawiała się inaczej. Było to olbrzymia istota, stworzona jakby z samej ciemności. Miała skrzydła, lecz niezwykłe, bo zrobione z płomienia, czarnego zresztą. W ręku trzymała olbrzymi bicz, którym oplątała starca i teraz zaciekle próbowała zrobić mu krzywdę. Ten zresztą też się odgryzał. Co chwila z jego jedynej wolnej ręki wylatywała struga ognia. Obaj przeciwnicy robili wściekle dużo hałasu.
- Hej! - wrzasnęła Żaba, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. - Moglibyście przestać?
W odpowiedzi skrzydlate stworzenie odwróciło głowę w stronę Żaby i ryknęło, jednocześnie zionąc paskudnie cuchnącym oddechem.
- No, tego już za wiele - stwierdziła Bez Serca. Przestawiła blastery na dezintegrację i strzeliła do potwora. Teraz, gdy walka była zakończona, mogła spokojnie porozmawiać ze staruszkiem.
- Och, dziękuję uprzejmie, - odezwał się mężczyzna - chociaż pewnie dałbym sobie sam radę. Popatrz tylko na to, całe ubranie mam pobrudzone. A tak lubiłem ten szary kolor. Teraz będę musiał je wyprać - wymamrotał z żalem. - A przy okazji, jak mogę się odwdzięczyć?
- Wiesz może jak się wydostać na powierchnię?
- A gdzie dokładnie?
- Najlepiej przy ośrodku wypoczynkowym.
- Właściwie to nie jest po drodze do Isengardu, ale mogę chyba pójść okrężną trasą. Dobrze, chodź za mną - zdecydował starzec, po czym ruszył jednym z korytarzy.
Droga nie trwała zbyt długo, właściwie to minęła całkiem szybko i bez przygód. Wreszcie z przodu pojawił się jaśniejący otwór prowadzący na powierzchnię, a starzec pożegnał się i wrócił w głąb jaskiń. Żaba tymczasem wygramoliła się na świat zewnętrzny i bardzo się ucieszyła widząc swój ośrodek wypoczynkowy niedaleko. Ruszyła tam mając nadzieję że spotka Logana i będzie mogła mu nawciskać za zostawienie jej samej. Gdy dotarła do ośrodka jeszcze bardziej się ucieszyła. Logan faktycznie tam był, przed chwilą zjechał na nartach trzymając na rękach tę zdzirę z pofalowanymi włosami udającą nieprzytomną. Położył ją na śniegu i właśnie miał się zabrać za przywracanie jej życia najbardziej tradycyjną metodą, gdy tuż obok niego coś błysnęło na zielono i śnieg się zagotował. Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał prosto w przepełnione gniewem, bezlitosne oczy Żaby Bez Serca.
- Ja... ona... to znaczy...
- Ty łajdaku, myślisz że ujdzie ci to płazem? Zostaw tę zdzirę i marsz do pokoju. Będziesz się gęsto tłumaczył.
- Ale ja przecież... przecież wiesz że tylko ty...
- Co ja? Co ja? Znikam na kilka minut a ty już się bierzesz za całowanie innych? To cię będzie drogo kosztować.
Logan westchnął, wstał i posłusznie ruszył do pokoju. Nie miał pojęcia co złego zrobił, ale doskonale zdawał sobie sprawę że cena będzie wysoka. Idąca za nimi Żaba uśmiechała się. Dla niej życie układało się całkiem przyjemnie.




Powrót do poprzedniej strony