Pan Satori




Pan Satori kończył właśnie kolację, kiedy płomień lampionu rozświetlającego jego pokój jadalny zamigotał i zgasł. Pan Satori nie poruszył się. Czekał spokojnie aż Maruchi, jego służący podbiegnie i pospiesznie rozpali ogień. Kiedy to nastąpiło, pan Satori odstawił spokojnie miseczkę i obrócił się w prawo, by wyjrzeć przez okno, na swój ogród. Płatki kwiecia wiśni zabarwione przez promienie zachodzącego Słońca ciemną czerwienią, sypały się z drzew jak szkarłatny śnieg. Widok ten natchnął pana Satoriego do rozmyślań nad przemijaniem życia. Zasiadł zatem wygodnie i zamyślił się.

Gdy Słońce już skryło się za horyzontem, a na ziemi spoczęły błogosławieństwa Księżyca, na wysypanej drobnymi kamykami drodze prowadzącej do domu pana Satoriego pojawiło się czterech mężczyzn. Ich jedwabne szaty łopotały na wietrze i uderzały o pochwy mieczy zatkniętych po lewej stronie. Szli szybkim krokiem ludzi zdecydowanych, zbliżających się do celu. Zatrzymali się w odległości pięć kroków od drzwi. Dwóch stojących najbliżej zaczęło szeptać między sobą, lecz tak cicho, że nie dało się usłyszeć ich słów. Czekali.

Pan Satori otworzył oczy. Przed nim spoczywał papier z zapisaną jedną linijką. Od godziny już, pan Satori starał się stworzyć wiersz na podstawie dzisiejszych doświadczeń, lecz na razie przodkowie nie obdarzyli go natchnieniem. Teraz musiał odłożyć sprawy duchowe na później. Coś innego wymagało jego uwagi. Ujął w dłoń leżące przed nim miecze, powstał i zatknął je za pas. Spokojnie podszedł do drzwi zostawiając za sobą zapisane na papierze dwa słowa.

Pan Ogochi i pan Ikewara przestali szeptać gdy drzwi odsunęły się na bok, a z wnętrza wyszedł gospodarz. Był wysoki, choć niższy od Ogochiego, i dobrze zbudowany. Połyskujące czarne włosy spływały mu po ramionach, nadając mu wygląd kruka. Spod wyrazistych, lecz nie nadmiernych brwi spoglądały na nich zdecydowane, zielone oczy. Przystojna, szczupła twarz, o wąskim nosie i niewielkich ustach nie zdradzała niczego. Nie dawało się z niej wyczytać żadnych uczuć. Każdy ruch mężczyzny był idealnie odmierzony. Każdy krok przesuwał go o tyle, o ile należało, nie za wiele, ani nie za mało. Lewa ręka zwisała luźno wzdłuż niebieskiej szaty, kciuk prawej zatknięty był za złoty pas. Przez chwilę cała czwórka mierzyła się z gospodarzem spojrzeniami, aż wreszcie pan Ogochi odezwał się:
- Panie Satori! Nie ma dla Ciebie miejsca na tym świecie. Czy zechcesz dobrowolnie dołączyć do swoich przodków?

Pan Satori przyglądał się im, analizując każdego po kolei. Wysoki i wygadany Ogochi, z którym rzadko miał do czynienia. Sprawiał wrażenie dowódcy grupy. Stojący tuż przy nim Ikewara, z paskudną blizną biegnącą wzdłuż prawego policzka i wzrokiem zabójcy. Był najlepszym szermierzem z całej czwórki i to on miał stanowić najgroźniejszą broń wymierzoną dzisiaj w pana Satoriego. Na lewo od nich i o krok z tyłu Yamabuichi i Hiretsu, służący panu Tsinchinowi. Ich obecność świadczyła, że ten ostatni wreszcie zdecydował się na krok przeciwko panu Satori, który był z tego zadowolony. Oznaczało to bowiem, że jego starania odnosiły zamierzony skutek, a jednocześnie dawało mu pretekst do odwetu na panu Tsinchianie. Teraz należało tylko przeżyć walkę. Uczynił krok do przodu.

Pan Ogochi przesunął się niespokojnie, gdy gdy pan Satori ruszył w ich stronę. Liczył na jego rozsądek. Skoro byli tutaj, to pan Satori już przegrał. Czy ten głupiec nie potrafi dostrzec własnej porażki? Zobaczył, że Ikewara sięga do rękojeści i sam chwycił za własną. Lecz pan Satori nie dobył własnego miecza. Zmierzał w stronę pana Ogochiego, wyraźnie szukając jego spojrzenia. A zatem wyzwanie. Przywódca postąpił krok do przodu i przyjął je. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Stali tak, wpatrując się sobie nawzajem w oczy, oczekując na jakąkolwiek słabość ze strony przeciwnika. Stali tak prawie przez minutę. A potem pan Ogochi umarł.

Gdy spoglądali sobie w oczy i pan Satori szybko zauważył, że pan Ogochi co jakiś czas na chwilę mruży oczy. Trwa to tylko najdrobniejszą część sekundy, lecz któż potrzebuje więcej? W pewnym momencie przymknięcie oka pana Ogochiego i cios miecza pana Satoriego zlały się w jedno. Jak atakująca żmija, jak gepard zrywający się do biegu, jak bijąca z nieba błyskawica, miecz pana Satoriego sięgnął szyi przeciwnika. Cięcie było doskonałe, ledwie kilkanaście kropel krwi wyprysnęło w powietrze raz z ostrzem, a ciało pana Ogochiego padło na ziemię, jak gdyby głowa nigdy nie została oddzielona od ciała. Jego oczy pozostały zamknięte.

Pan Ikewara ujrzał ostrze przechodzące przez szyję kompana i w tym samym momencie wyszarpnął własny miecz. Lecz dla niego było już za późno. Zanim Ogochi padł, miecz przeciął jego korpus i korzystając z tej zasłony całkowicie zaskoczył pana Ikewarę, wbijając się i w jego ciało. Ikewara próbował jeszcze wyprowadzić ostatnie pchnięcie w pana Satoriego, lecz siły opuszczały go szybko i jego miecz został z łatwością odbity, po czym nadeszła kontra, a wraz z nią ciemność.

Pan Satori zostawił za sobą stygnące ciała i ruszył w stronę dwóch pozostałych przeciwników. Wykorzystał fakt, że Hiretsu był zaskoczony tak błyskawicznym atakiem i nie dając mu czasu na odzyskanie równowagi, ściął go jednym uderzeniem. Pozostał już tylko pan Yamabuichi, a w jego oczach był strach. Pan Satori nie musiał już nic robić. Jego przeciwnik pokonał się sam. Zabicie go nie sprawiło panu Satori żadnej satysfakcji. Jednym, zdecydowanym gestem strzepnął krew zabitych z ostrza i ukrył je w pochwie. Następnie wrócił do domu i zasiadł przy papierze, którego wcześniej nie potrafił zapełnić. Teraz słowa same spłynęły z pędzla.


Kruchość istnienia
Jedno oka zmrużenie
Szkarłat na wietrze


Zadowolony z siebie Pan Satori podziękował w krótkiej modlitwie przodkom za natchnienie, po czym udał się na spoczynek. Jutro czekał go pracowity dzień.

Powrót do strony głównej
Powrót do strony wyboru języka